Czytając dziś Pismo Święte, zastanawiałam się - jak to jest z naszymi relacjami...
Jaki mamy stosunek do ludzi, do bycia DLA ludzi, do przebaczania, do zaufania...

Temat rzeka, dlatego ujmę tylko jeden - no, może dwa - aspekty analizy.

Bardzo często mylimy miłość z "przywłaszczeniem" drugiej osoby, co nie ma NIC WSPÓLNEGO z prawdziwą, Bożą MIŁOŚCIĄ.
Dlatego też, gdy ktoś nas zrani, zawiedzie... tak bardzo czujemy się dotknięci - bo przecież to nam miało być dobrze, przecież to my mieliśmy być kochani i dopieszczeni...
Zauważmy, że gdy traktujemy kogoś "na równi" ze sobą, każdą opinię wówczas potrafimy przyjąć z pokorą i zrozumieniem, gdyż "przeciwnik" ma w naszych oczach uznanie.
Na starcie dajemy mu swoje zaufanie, że skoro jest mądry i nas sobą przewyższa (lub dorównuje), to widocznie jego słowo musi mieć sens.
Natomiast w kwestii partnera/partnerki, puszymy się niemiłosiernie, bo przecież jak to tak, by ktoś kto jest NASZ, mówił do nas takie rzeczy...

Jako, że w życiu nieustannie coś "idzie nie po naszej myśli", a wyniku tego dochodzi do sprzeczek - albo co gorsza - rozpadu relacji... - kwestia związków jest bardzo rozchwiana. Najlepiej widać to wówczas, gdy robimy bilans "udanych związków" do "nieudanych związków". Ile kłótni, sporów... ile egoizmu i nieustannego poczucia, że ktoś nas nie docenił, wykorzystał, zranił lub nie zrozumiał...

A może to my czegoś nie zrozumieliśmy, a może to my zraniliśmy...?
A może traktujemy partnera/partnerka jako tego "gorszego" z dwójki, mniej mądrego, mniej błyskotliwego - a oczywiście tego - który powinien nas słuchać.
Może...

Tak sobie dzisiaj myślałam... Jak musiała się poczuć Maryja, gdy Józef - po tym kiedy dowiedział się, że Jego kobieta jest w ciąży - postanowił Ją oddalić.
Jak Ona musiała się czuć niezrozumiana... może nawet niejako zdradzona - bo przecież Józef powinien Ją znać, powinien wiedzieć, że kobieta taka jak Ona, nie zhańbiłaby swojej cnoty czystości...

Tak łatwo przyjmujemy poczucie niesprawiedliwości i bólu, gdy ktoś interpretuje jakieś zjawisko (które nas dotyczy) inaczej niż my... Gdy reaguje inaczej, niż byśmy chcieli - a czasami - niż po prostu POWINIEN...

Lecz Józef był tylko OMYLNYM CZŁOWIEKIEM- o czym Maryja doskonale wiedziała-
stąd pozostała daleka od osądów...
Milczała, wszystko rozważała w sercu...
Nie próbowała niczego wyjaśniać krzykiem czy wywieraniem presji, nie wypominała Józefowi jakichś zaprzeszłych spraw, aby "na odchodne" zdeptać Jego godność - bo przecież "należało Mu się" skoro Ją zranił i zawiódł jako partner....

I co się dzieje dalej?
Otóż - jak zawsze- PRAWDA sama odnajduje tego, który się w danej sytuacji pomylił.
Odnajduje Józefa, który oceniając fakty "po ludzku", podjął niewłaściwą decyzję względem Maryi. Anioł objawia Józefowi PRAWDĘ o rzeczywistych faktach, aby wzgledem tej prawdy mógł się zreflektować i określić.

I zanim przejdziemy kolejny krok dalej, zwróćmy uwagę na tę fajną refleksję w kontekście "upominającej się o siebie prawdy".
Bowiem zawsze tak jest, że gdy "nie wydrapujemy pazurami swoich racji", PRAWDA sama się upomina o siebie i swoje "racje"...
Ale trzeba dać jej czas, a sytuację, która gnębi - powierzyć Bogu.

W tej historii jest jeszcze jeden fajny aspekt.
Gdy Józefowi objawia się Anioł i wyjaśnia Boże plany, wówczas wszystko staje się oczywiste.
Józef pojmuje co się wydarzyło - dlatego też - postanawia się poprawić.
I tutaj genialna postawa naszej Mateczki.
Ale zanim o Maryi, odniesmy się do siebie...

Kochani, jak często udało się Wam wypowiedzieć podobne słowa:
"teraz to już za późno!", albo (hasło bardziej pasujące do kobiet, gdy facet znów się czegoś nie domyślił :D ) "jak już ci wszystko powiedziałam,wytłumaczyłam czarno na białym - to teraz nie chcę żebyś NA SIŁĘ to dla mnie robił!"
Takim zachowaniem nie dajemy szansy, by ktoś naprostował to, co może wcześniej widział inaczej, a teraz - PO WYJAŚNIENIU - zmienił zdanie i chce się zreflektować...
Nie zliczę ile razy "miałam focha" bo najpierw czegoś chciałam - ktoś tego nie rozczytał - ja wreszcie, mając "muchy w nosie" powiedziałam o co chodzi ( a raczej nagadałam cztery wory co by ukazać swój żal :D ) a późnej gdy ta osoba chciała się poprawić i zrobić "to coś" dla mnie, mówiłam "teraz to już nie".
Co za nadmuchana duma, prawda? Samemu sobie strzelać w kolano klasycznym "teraz już nie", by broń Boże, nie wyjść na desperata...
No cóż, tak to jest z pychą, z dumą, może zbyt wielkim poczuciem swojej doskonałości...
Albo po prostu to buchająca głupota, żeby najpierw czegoś chcieć, a później się obrażać gdy ktoś chce to dla nas zrobić :D

Maryja była mistrzynią, by przeskakiwać poczucie dumy czy zachowywanej urazy.
Józef nie zrozumiał Zwiastowania Maryjnego, ale zostało Mu to wyjaśnione nieco inną drogą - sam by na to nie wpadł - ale gdy Mu powiedziano, zrozumiał i chciał zmienić swoje zachowanie.
Gdyby Maryja była tak uparta jak niekiedy my, powinna powiedzieć "tak, bo Tobie to się musiał Anioł objawić żebyś cokolwiek zrozumiał! i oczywiście teraz, NAGLE chcesz się zmienić, tak? Ale teraz to ja sobie sama wychowam dziecko, zwłaszcza, że jest Bogiem! a co, niech Ci pójdzie w pięty. Nauczysz się na przyszłość żeby mi ufać"
Cóż, całe szczęście (dzięki Bogu) Maryja jest całkowicie pokorna...
I myślę, że tej pokory niekiedy nam brakuje...
Stawiając siebie w centrum, ciągle będziemy czuć jakiś niedosyt, będziemy się czuć poszkodowani - bo jak to przysłowie mówi - jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził.

Obyśmy chociaż PO POŁOWIE dzielili te swoje pragnienia, krojąc "sprawiedliwość" i zrozumienie na siebie i partnera/ partnerkę.
Obyśmy chcieli szukać kompromisów - a także nie wypierali POKORY!
Bo jeśli komuś przyznamy rację, czy nawet "będziemy stratni", to nie oznacza, że przegraliśmy...
Po prostu okazaliśmy serce, po prostu chcieliśmy, by ktoś inny niż my - był ważny!

Patrząc na postawę Maryi - naszej Matki - możemy się krok po kroku uczyć, jak stać się "miejscem Ducha Świętego", by z nas - i w nas - narodził się Chrystus <3 

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"