Chciałabym przybliżyć scenę z Ewangelii Jana.  Spotkanie Jezusa z Samarytanką przy studni.
Rozważając to spotkanie, możemy wypunktować naprawdę mnóstwo aspektów.
Niemniej zwrócę uwagę jedynie na dwa (jeden dziś, jeden jutro).

Jezus czeka przy studni, do której podchodzi kobieta.
Jezus mówi, by dała mu pić – i od tego zaczyna się cała rozmowa.
Jak wiemy, w relacjach człowiek-Bóg bardzo często dochodzi do rozmów nieco "trudnych".
Co mam na myśli?
Otóż! Ludzie o chlebie, Jezus o Niebie (i to dosłownie).

Mam niekiedy wrażenie (wracając do Biblii), że rozmawiając – oni kompletnie się nie rozumieli.
Jezus mówi o Wodzie Życia, Samarytanka myśli o wodzie czerpanej ze studni,
w innym przypadku np. Jezus mówi o Chlebie z Nieba, a Jego słuchacze rozglądają się za chlebem do jedzenia.
W jeszcze innym fragmencie Jezus mówi, że pochodzi od Boga, a z tłumu słychać szepty, że przecież Jezus jest synem Maryi i Józefa.
Te rozmowy są takie odległe, jakby stanęło dwóch ludzi i jeden mówił po chińsku a drugi po polsku.
Coś tam mówią, ale zrozumienia zero.

Do czego zmierzam.
Gdy Jezus stoi przy studni i mówi Samarytance o Wodzie Życia ( cytując: „każdy kto piję tę wodę (ze studni) znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki”) Samarytanka odpowiada „Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu (do studni) czerpać”.
Kobieta wypowiadając te słowa, tak naprawdę nawet nie wie o czym mówi, nie wie co Jezus ma na myśli mówiąc "Woda Życia" i kompletnie nie rozumie, iż tej wody nie bierze się ze studni.
Samarytanka po prostu, gdy usłyszała hasło „woda”, jedyne co skojarzyła to codzienne obowiązki - woda jaką znała - czerpanie wody, picie wody etc.  
Na co Jezus jej odpowiada (czyniąc rozmowę jeszcze bardziej niepoukładaną i wielowątkową)  „Idź zawołaj swojego męża”.
Można by się zastanowić – co ma piernik do wiatraka?
Rozprawiają o wodzie, a nagle Jezus wyskakuje z jakimś mężem.
Okazuje się bowiem, że kobieta miała niegdyś mężów - nawet pięciu - ale obecny mężczyzna, mężem nie jest.
(zaraz będę kontynuować tę myśl)

Podobna sytuacja (w kwestii rozmów bez wzajemnego zrozumienia) odgrywa się chociażby w innym fragmencie tej Ewangelii, gdy Jezus wraz z uczniami znajduje się nieopodal jeziora.  Uczniowie przybyli pierwsi, Jezus po nich. Uczniowie pytają Jezusa „Rabbi, kiedy tu przybyłeś”? A Jezus ni z tego ni z owego odpowiada „(…) troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, lecz o ten, który trwa na wieki”. Zero odpowiedzi na zadane pytanie.

Takich przykładów w Biblii jest mnóstwo!
Człowiek mówi jedno, a Pan Bóg odpowiada zupełnie o czymś innym.
I do czego zmierzam…
Te przykłady pokazały mi jedną rzecz. Gdy się modlę –wypowiadam swoje słowa.
Mówię o sprawach codziennych i inicjuję rozmowę. Niemniej czasami wydaje się jakby Pan Bóg albo nie słyszał, albo właśnie odpowiadał z zupełnie innej beczki.
Niekiedy chcemy prosić Boga, by szybciutko załatwił naszą sprawę i właśnie o tej sprawie Mu opowiadamy. Lecz Jezus ni z tego ni z owego, zagaduje o czymś innym.
Dlaczego tak?
Ponieważ Stwórca nigdy nie załatwia spraw powierzchownie. On wie, że pod tymi prośbami, które do Niego wznosimy – kryje się coś zupełnie innego. Że aby naszą sytuację uzdrowić, trzeba sięgnąć znacznie głębiej…

Gdy Samarytanka prosi o Wodę Życia, Jezus nie nawiązując już do wody, niespodziewanie pyta o jej męża. Okazuje się, że kobieta żyje z mężczyzną, lecz bez ślubu – możemy więc wywnioskować, że Jezus odbijając piłeczkę w rozmowie, mówi „chcesz Wody Życia? Najpierw zniweluj swój grzech” (życie z mężczyzną bez ślubu)
Jezus natychmiast celuje w rozwiązanie sprawy, lecz nie w formie „przyklejonego plastra” na problem, a chcąc uleczyć go od samego środka. Jezus nie chce abyśmy na chwilę upoili się Dobrami z Nieba. To nic nie da, jeśli jest w nas grzech i rozgrzebane rany.

Gdy przychodzimy do Boga i wołamy:  Jezu zmień mojego męża/ niech on się nawróci, niech on zacznie mnie szanować i kochać – Pan Bóg może zapytać (zupełnie z innej beczki) „Córko a ze swoim ojcem się pojednałaś?”. Można myśleć co ma piernik do wiatraka, a mój mąż do ojca...? Ale właśnie, może tak jest, że jakieś zaszłości wyniesione z domu rodzinnego obecnie rujnują Twoje małżeństwo. Może nie mąż jest "do zmiany", lecz Twoje niezabliźnione rany...
Gdy nieraz wydaje się nam, że wszystko się ułoży jeśli tylko nasza sąsiadka się zmieni, Pan Bóg pyta (np.) „a wypleniłaś z siebie gniew i zazdrość, których nauczyłaś się na swoim rodzeństwie?”. Dokładnie tak jak w Ewangelii... Samarytanka mówi "Panie, daj mi TEJ wody", a Jezus na to "a zawołasz męża?"
Jezus nie jest uzdrowieniem krótkoterminowym…
Jeśli chcesz się leczyć u Boga, wiedz, że On wykopie z Ciebie najbardziej głębokie (może zapomniane) historie, abyś od samego początku rozpoczęła uzdrowienie. I zanim dojdziesz do tego męża, o którego się tak siarczyście modlisz – może się okazać, że wpierw musisz mnóstwo belek powyjmować ze swojego oka…

Chcesz Wody Życia? Zapytaj Boga o swój grzech... Zapytaj, co trzeba wpierw uzdrowić, aby tą Wodę dostać i już nie pragnąć na wieki.

Kochani, nie bójmy się żyć Ewangelią, nie bójmy się stawać w Prawdzie!
Jeśli chcesz żyć, wpierw musisz uśmiercić grzech!

Błogosławię!

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"