Pan Jezus jedzie na osiołku, ludzie wiwatują, ścielą palmy…
Wyobrażam sobie tę scenę i myślę o tym co Jezus rozważał w swoim sercu, gdy widział te rozradowane twarze…
Przecież wiedział, że ten „radosny tłum” niebawem zamieni się w rozwścieczonych oprawców.
Mimo wszystko, wyobrażam sobie, że Jezus się do nich uśmiecha, pozdrawia, z czułością dotyka…
Cieszy się razem z Nimi.
Nie jest obrażony – bo wie co się wkrótce wydarzy – ale jest tam DLA NICH… i w pełni to pokazuje.
...
Tak wygląda bezwzględna miłość…
Jezus potrafi kochać ponad wiedzę, że te same osoby, których tak umiłował, zadadzą mu ból.

Rozważania na Niedzielę Palmową zwykle tyczą się innych aspektów, niemniej akurat ta kwestia mocno mnie dziś dotknęła.
Bo niezwykle trudno jest kochać miłością bezwzględną…
Trudno jest szczerze okazywać serce, gdy „z drugiej ręki wiemy”, że ta czy inna osoba smaruje na nas na prawo i lewo…
Trudno jest okazać miłość, gdy wiemy że właśnie ten człowiek, którego chcieliśmy kochać, zadaje nam ciosy i rani…
Tak trudno jest kochać męża, któremu przysięgało się przy ołtarzu, a po latach on tak utrudnia tą miłość…
Tak trudno jest kochać żonę, która niby się ładnie uśmiecha, a w rzeczywistości na każdym kroku próbuje mężem sterować i manipulować dla własnych korzyści….
Tak trudno jest kochać, posiadając wiedzę, że ktoś nas zrani lub rani nieustannie…

Niemniej Jezus pokazuje dokładnie taki rodzaj uczucia - doskonałej miłości.
Jedzie na osiołku, cieszy się z tymi, którzy Go zabiją.
I nie robi tego nieszczerze. Tak samo kocha ich teraz, jak będzie kochał konając na krzyżu…

Myślę dziś o tym – czy rzeczywiście umiem traktować miłość jak wybór.
Nie jak nagłe motylki w brzuchu i morze ekscytacji…
Ale jak wybór – decyzję, że CHCĘ KOCHAĆ! Nawet, gdy nie mam ku temu powodów czy zachęty.
Decyduję się kochać – na dobre i w czasie konania – śmierci zadawanej przez tę osobę, której ofiarowuję miłość…
Zastanawiam się czy potrafię wzbić się na rodzaj miłości, który wyklucza gniew, wytykanie niesprawiedliwości, wyliczanie i wypominanie…
Bo gdyby Jezus tak chciał wytykać, gdyby chciał ludziom wypomnieć, że On doskonale wie co Mu zrobią...co zrobią z Jego miłością, wówczas musiałby – robiąc po naszemu – już w czasie wjeżdżania na osiołku, powiedzieć klasykiem „a te palmy to sobie wsadźcie”  – nie mówiąc brzydko gdzie. Musiałby wykrzyczeć, że bo na próżne wszystkie wiwaty skoro za niedługo będą wołać „na krzyż z Nim”.
Czy potrafimy wejść w jakąś sytuację/ w relacje – tak jak Jezus wjechał na osiołku – i cieszyć się nią, tak po prostu, z miłością?
Czy raczej blokujemy się analizami, zaczynamy przewidywać co będzie, czy wszyscy są względem nas uczciwi czy nam źle nie życzą…
A jeśli by tak pominąć to szpiegowanie i desperacką próbę uniknięcia cierpienia…?
A gdyby tak po prostu… KOCHAĆ?

Takie to trudne – zważywszy, że serce jest przewrotne i nieustępliwe…

Niemniej Kochani, życzę nam tego. Postawy Jezusa, która pokazuje w jaki sposób przyjmować konkretną chwilę. Jak chwytać moment – wyłączając nadinterpretacje i wszystkie lękliwe rozważania…
Jezus był dla ludzi – zawsze – i miłość do nich, stawiał ponad wszelkie „ja”.
Genialna nauka…!

Na koniec, Kochani – odbiegając już od Ewangelii, ale wciąż będąc przy Niedzieli Palmowej – jedna uwaga i pytanko zarazem.
Jak jest z naszym publicznym przyznawaniem się do wiary?
Pytam w kwestii chociażby dzisiejszej procesji.
Jak traktujemy te kwestie przynoszenia palmy do kościoła, albo (przy innych uroczystościach) wody czy świec?
Czy my naprawdę wierzymy w celowość takich działań czy raczej uważamy że to wstyd i wieśniactwo?
Bo jeśli mamy szansę – chociażby poświęcić gromnice (a nie robimy tego bo to przecież wiocha) – to jak jednocześnie możemy mówić, że wierzymy (chociażby) w objawienia Maryjne, gdzie wyraźnie jest mowa o "światełku w oknie", które będzie nam potrzebne w odpowiednim czasie. Jedno i drugie się wyklucza. Bo albo w coś wierzę i to praktykuję, albo mówię że wierze (bo to wiele nie wymaga wysiłku) ale w gruncie rzeczy, porzucam wszelkie okazje, by tę wiarę wprowadzić w konkretne działanie.
Zadajmy sobie czasem pytanie czy naprawdę poważnie traktujemy te wszystkie czynności, czy raczej są w naszym mniemaniu zbędnym dodatkiem, którego znaczenia nie rozumiemy? Później wokół tradycji kościelnych tworzą się takie mity, że głowę urywa…
Ludzie bardzo często nie rozumieją po co się robi to czy tamto – po co się przynosi palmę, świecę, po co się święci medaliki czy wodę, olejek, sól… Ale krytykują to z wszystkich stron, uważając za głupotę, wstyd i żenadę… Ostatnio nawet słyszałam, że w Środę Popielcową, posypuję się głowę zwykłym popiołem wymiecionym z pieca! :D No interesujące :D Za rok nie omieszkam przynieść swój! 
Szkoda, że niekiedy tak powierzchownie podchodzi się do tego, co dla nas – jako osób wierzących powinno być istotne, a pozwalamy by przez nas stawało się ośmieszane.
Niemniej – wybaczcie tę wstawkę – gdyż pozwoliłam sobie na nią z troski. Bo nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić, może zaczerpnąć wiedzy, coś przeanalizować :)
Tak więc rozważaniem na dziś niech będzie Miłość Chrystusa, a rozważaniem „na boczku, na marginesie” myśl zostawiona powyżej. I oczywiście, każdy postępuje według własnego uznania i bynajmniej nie moja to rola, by cokolwiek oceniać… Chciałam jedynie zadać kilka pytań, które nie mają opowiedzieć mi o Was, ale Wam o sobie samych :) 

Ślę błogosławieństwo :) 

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"