Przeczytałam dzisiejszy tekst z Pisma Świętego i... No właśnie. Cóż o nim myśleć?
Zapoznajcie się z fragmentem:

(1 J 3, 1-2)
Najmilsi: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.

Pierwsze zdanie i zdanie trzecie to prawdziwy kosmos!
Możemy je interpretować na dwa sposoby - jeden z nich jest sposobem pozytywnym - pełnym nadziei i radości z wynikających słów, a drugi mrozi mi krew w żyłach.

Na początek wróćmy do tych zdań:
"zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, i rzeczywiście nimi jesteśmy (...) obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy."

Kurcze! Ależ perspektywa!

Ale spójrzmy na ten tekst dwojako. Pod kątem "optymistycznym" i tym bardziej hmmm "ostrzegawczym".

Pierwszy - ten pozytywny - mówi: Człowieku! Jesteś Dzieckiem Boga i to jest Twoja ogromna obietnica, by wykorzystując wszelkie dary jakie dał Ci Ojciec, stać się (po śmierci) kimś, kto jest podobny do Stwórcy! I jasne, już teraz próbujemy być podobni do Boga, lecz wciąż wadzi nam grzech. Niemniej po śmierci - gdy opuścimy grzeszne ciało - to "podobieństwo" będzie czymś więcej niż tym, co znamy teraz. To będzie coś, czego obecnie nie ogarniamy rozumem!
I to jest piękna opcja analizowania powyższego tekstu. Można by powiedzieć w skrócie :
Wierw musimy zrozumieć miano Dziecka Boga, by kolejno swoją tożsamość doprowadzić do stanu jedności ze Stwórcą na Wieki!

Ale druga opcja, której poświęcę nieco więcej linijek jest dla mnie czerwonym wykrzyknikiem.
Jeszcze raz przypomnienie:
"zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, i rzeczywiście nimi jesteśmy (...) obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy."

Gdy te słowa dosięgają mój rozum i serce, czuję delikatny niepokój. Dopada mnie lęk, obawa o wszystkie achillesowe pięty, powtarzające się słabości...
Dlaczego? Spójrzmy...
I dla jasności, lęk nie jest czymś na czym człowiek może się zatrzymać, gdy zaczyna go czuć. Lęk to pierwsza sugestia, by wzmocnić zaufanie względem Boga! Niemniej lęki są czymś normalnym, pojawiają się i będą się pojawiać bo Zły (dziad) chce nas zastraszyć.
Ale do sedna, do czego zmierzam.
Bóg dał nam wszystko - dał nam życie, dał Zbawienie, dał miano Dziecka Boga...
To miano jest dla nas najpiękniejszym darem, gdyż w nim Pan Bóg zawarł Ojcowską miłość do nas - swoich dzieci. Ono nam gwarantuje wszystkie Boże obietnice, zgodnie z tym, co powiedział Jezus Chrystus, który zdania nie zmienia. Jest wierny - aż do końca.
Miano Dziecka Boga jest naszą najważniejszą tożsamością, którą jednak często spychamy - ceniąc bardziej jakieś pierdoły, którymi się szczycimy, a w sprawach niebieskich nie mają one najmniejszego znaczenia. Bo to, że ktoś jest doktorem to wie, że profesorem to też kojarzy, ale że Dzieckiem Boga? Bywa różnie.

Mamy więc miano Dziecka Boga i z tego miana możemy korzystać teraz! TERAZ, gdy jeszcze mamy wybór żeby je świadomie przyjąć i się nim cieszyć. Mamy czas - by decydować o swoich losach po śmierci TERAZ, gdy jeszcze żyjemy...
Miano Dziecka Boga (dobrze wykorzystane) jest naszą przepustką do życia z Ojcem. Niemniej to samo miano (zaprzepaszczone) niczego nie zmieni, gdy odejdziemy od Bożych zasad- umiłowawszy uprzednio grzech.
Co mam na myśli? 
Jak mówi Pismo Świętego - MIMO TEGO, że teraz mam wszystko (mamy miano Dziecka Boga) - nie wiadomo kim będziemy na samym końcu... Teraz mamy drzwi otwarte, Bóg podaje nam rękę i mówi "jesteś moim dzieckiem, czy w to wierzysz czy nie...Miano Dziecka Boga już do Ciebie przylgnęło! Przez Jezusa, przez Chrzest..."
Niemniej po śmierci, gdy uprzednio w te słowa nie uwierzymy, gdy jednak pozwolimy zwyciężyć w sercu Złu... wówczas - gdy wylądujemy na dnie piekła - w niczym nie uratuje nas myśl, że KIEDYŚ mieliśmy miano Dziecka Boga, że mieliśmy TAKĄ SZANSĘ by wejść do Nieba a nie chcieliśmy z tej szansy (z tego miana) skorzystać... Wtedy już nie będzie ważne, iż MOGLIŚMY się Zbawić przez wiarę...
Przepustka zaprzepaszczona...

Gdy wybiorę grzech, słabość i Zło za życie, po śmierci nie odrodzę się w Chrystusie...
Narodzę się dla potępienia. MIMO, że niegdyś Chrystus dla mnie umarł, że dla mnie Zmartwychwstał i otworzył mi Niebo... że czekał na mnie całe moje życie, że dawał mi przebaczene, że przy każdym upadku kibicował i mówił "wstawaj!"...
Tego już nie będzie...

Miano Dziecka Boga jest przepustką za życia na Ziemi... Bowiem po śmierci - jak mówi Pismo Świete, nie wiadomo czym będziesz...
Czy ta informacja jest dla Ciebie bezużyteczna? Czy nie powoduje, że zaczynasz się zastanawiać, iż może właśnie marnujesz swoją życiową szanse na wieczne szczęście?

Te słowa, które dziś rozważam - w sensie ta wersja "ostrzegawcza", kojarzy mi się troszkę z historia pewnego kolegi. Przez czas podstawówki i dwa lata gimnazjum uczył się niemal na samych piątkach, ale w trzeciej gimnazjum coś mu się pozmieniało i na końcu semestru był zagrożony z kilku przedmiotów. Nauczycielka wezwała go na rozmowę i pyta co się stało, skąd taka zmiana, dlaczego zrezygnował z utrzymania średniej itd. Chłopak nie chciał się jawnie przyznać, że nieco popłynął - towarzystwo, za dużo wagarów i "trudny okres dojrzewania". Odpowiedział jej:  "ale przez wszystkie wcześniejsze lata miałem same piątki!"
Cóż, ale czy to cokolwiek zmienia w sytuacji, gdy grozi mu pała na koniec trzeciej klasy?
Czy te wsześniejsze lata - ich średnia - choć o gram wspomoże ostatnią klasę?
Nie...
I porównując tę historię kolegi z uprzednim rozważaniem, mogłabym napisać, iż nawet jeśli przez wiele lat będziemy pięknie "korzystać" z miana Dziecka Boga, to jeśli finalnie porzucimy Boże przykazania i zawierzymy Złemu, wciąż będziemy "zagrożeni" zdaniem: "nie wiadomo czym (finalnie - po śmierci) będziecie. I nic nas nie ocali - nawet fakt, że kiedyś cieszyliśmy się swoim mianem najlepiej jak potrafiliśmy... Liczy się to, by zawody których się podjęliśmy przebrnąć wiernie w myśl jednej nauki...
I jasne, upadki będą się zdarzać - ale ważne by upadać ze świadomością, iż chcę wstać... Ze świadomością, że mam się po co starać bo WIERZĘ w Niebo.

Jest więc tylko jedna opcja! By mając świadomość jak cudowne miano Dziecka Boga posiadamy, traktować je jak najcenniejszy skarb do samego końca!
Wówczas możemy się spodziewać "czym będziemy" - będziemy podobni do Ojca, który czyniąc nas na Swoje podobieństwo, już na starcie dał nam sposobność, byśmy tworzyli z Nim JEDNO.

Kochani, jak bardzo potrzebujemy Boga, który trzyma nas w ryzach! Jak bardzo potrzebujemy Jego mocy, gdy nasze siły zawodzą...
A przecież jesteśmy słabi... na pewno słabsi od Złego, jeśli walczymy o własnych siłach.
Módlmy sie do Ojca, by nie opuszczał nas w walce i nieustannie umacniał...
Módlmy sie do Maryi aby wypraszała dla nas wiarę, nadzieję i miłość!
I przede wszystkim otwierajmy serca na Ducha Świętego, gdyż skoro wiemy, że nasz Bóg jest Duchem, musimy przede wszystkim wojować na płaszczyźnie duchowej!

Ślę moc błogosławieństw i życzę cudownej niedzieli!

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"