Dzisiejsze czytanie odnośnie historii Eliasza jest ogromnie twórcze!! Czytając je, nasuwa się tyle myśli do serca, że radość napływającej świadomości od Ducha Świętego, rośnie z minuty na minutę :D

Zaczynamy od początku - do historii Eliasza, który poszedł na pustynię - właśnie tam, niezadowolony ze swojego życia, chciał umrzeć. Wówczas objawił mu się Boży Anioł, dał mu jeść, pić oraz zapowiedział, że czeka Eliasza długa droga.

Czytając tę historię myślę o kilku kwestiach. Pierwsza, doskonale znana - że człowiek idąc na pustynię, zawsze wychodzi naprzeciw spotkaniu z Bogiem. Idąc w ustronne miejsce, zanurzając się w ciszy - niezmiennie, jak podaje Pismo Święte, spotykamy Boga. I czy jesteśmy ludźmi zadowolonymi, czy pogrążonymi w rozpaczy, idąc na pustynię duszy - zmierzamy na spotkanie z Bogiem Ojcem. A co za tym idzie? Wystawiamy się pięknej sposobności na ponowne narodzenie. Dlaczego? Otóż, gdy spotykamy Boga, On ZAWSZE będzie próbował nas wyciągnąć z grzechu, ZAWSZE będzie okazywał nam Miłosierdzie i ZAWSZE będzie próbował powołać do nowego życia :)

Dalej,

druga rzecz to taka, że człowiek - zwłaszcza niezadowolony z życia, ma tendencję do negacji swojego istnienia. Pojawiają się myśli zniechęcenia - "po co ja w ogóle żyję", "nic nie ma sensu", "lepiej gdyby mnie nie było"...
To są myśli pochodzące od Złego, a co więcej - myśli, które tak naprawdę nie mają NIC WSPÓLNEGO z prawdą.
Ilekolwiek człowiek narobi błędów, JEŚLI TYLKO CHCE, ma możliwość, by PRZYJĄĆ BOŻE MIŁOSIERDZIE! A co to znaczy przyjąć Miłosierdzie Boga? To znaczy przyjąć wpierw fakt swojej grzeszności i nieudolności, kolejno w pokorze uznać, iż Bóg może nas z tego wyciągnąć. Że On jest silniejszy niż nasza słabość, ma moc, aby podźwignąć nas z najgorszego padołu...i co najważniejsze...NIEUSTANNIE NAS KOCHA.
Dlatego puentując, człowiek nie może sam decydować kiedy jest "odpowiedni moment" na śmierć...Do chwili aż Pan Bóg sam podejmie decyzję, naszym zadaniem ZAWSZE jest wystawiać się na pustynię i czekać na Bożego Anioła. Naszym zadaniem jest ZAWSZE iść do konfesjonału i prosić o szansę aby na nowo móc posilić się Bogiem w Komunii Świętej.
I owszem, my często - jeszcze za życia - zadajemy sobie śmierć...
I nie fizyczną - chociaż i tak bywa... Ale śmierć duszy, nie szukając ratunku u Ojca.
Niemniej do póki żyjemy na Ziemi, do póty mamy szansę, by na nowo się urodzić. Przyodziać w Ducha Bożego i pozyskać życie. Prawdziwe życie na wzór Ewangelii. Wskrzesić duszę!

I tutaj przechodzimy do kolejnej kwestii...
Gdy myślę o Eliaszu...widzę, że on przyjął dwojaką śmierć. Zgodził się na śmierć fizyczną, ale również duchową. Zrezygnował z dalszej walki i uznał, że skoro jest grzeszny tak jak przodkowie, dalsze życie nie ma sensu...
Ogromny błąd!
Jezus umarł za nas nie dlatego abyśmy odrzucali Jego Zbawienie... Jezus umarł po to, aby za każdym razem gdy dosiega nas duchowa śmierć - przypomnieć, iż mamy miejsce w Niebie, że nigdy nie jest za późno, aby na nowo posilić się Bogiemi iść w daleką drogę...
ALE! tutaj wracamy do tematu Miłosierdzia...
Aby przyjąć Boże Miłosierdzie nie wystarczy jedynie uznać swojego grzechu... To za mało. Bo uznając swój grzech, wciąż możemy poddawać się zwątpieniu, iż KTOKOLWIEK może nam pomóc się z niego wydostać, odmienić pogubione "ja"...
Często, dostrzegając swoje słabości, dosięga nas zwątpienie - po pierwsze w moc Boga, a po drugie uważamy, że nie zasługujemy na kolejną szansę dlatego Pan Bóg pewnie już nam nie przebaczy...
Ale czy zastanawiamy się czym naprawdę jest MIŁOSIERDZIE? Bóg zdecydował się być Miłosierdziem - doskonale wiedząc co to oznacza. Jedynie my mamy kłopot, aby pojąć co się dzieje gdy Bóg okazuje nam Miłosierdzie. Bowiem Miłość Boga do nas - gdy uznajemy swój grzech i chcemy zmiany - przemienia się w Miłosierdzie, czyli miłość PRZEKRACZA miarę sprawiedliwości, jakiejkolwiek naszej zasługi etc. i oczyszcza nas z grzechu. Tak po prostu. Bo Bóg tak potrafi. Pan Bóg zawsze widzi w nas to dobro, które wlał w ludzkie serca, a nienawidzi grzechu, który nam to dobro zabiera. Pan Bóg oczyszcza nas z grzechu NATYCHMIAST, gdy tylko my tego chcemy...

I kolejna, ostatnia myśl w kontekście do historii Eliasza...
Aby iść w daleką drogę - czy to życiowej wędrówki czy przemiany duchowej, musimy posilić się/ nakarmić się Bogiem. KAŻDĄ drogę musimy zacząć od spotkania ze Stwórcą i uczty jaką jest pokarm dla duszy...
Daleka droga jaką przygotował nam Bóg jest naszym powołaniem. Każdy z nas ma taki moment w życiu, że czuje się jak Eliasz, który ma ochotę umrzeć. Czuje bezsens swojej egzystencji, ból duszy i ciała... Ale może własnie to cierpienie, zniechęcenie jest po to, aby spotkać Boga, który zagrzeje człowieka do nowej, czterdziestodniowej (symboliczna liczba ) drogi pełnej przemian i nowego narodzenia.
Pytanie tylko czy zdecydujemy się na kolejne powstanie, na współpracę z Bogiem i damy szansę Stwórcy aby ulepił nas na nowo? Bez względu na przykre doświadczenia, na bóle, na zwątpienia...?

Przyjacielu! Miłosierdzie to coś więcej niż miłość.
Pokarm dla duszy i spowiedź - to coś więcej niż chrześcijańska tradycja...
Naucz się przekraczać granicę własnego myślenia/patrzenia/pojmowania Boga i pozwól sobie na cudowną drogę do Nieba!

-z Bogiem!

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"