Niekiedy wydaje się nam, że gdy padamy na kolana, składamy ręce do modlitwy, to modlitwa już się zadziewa. Że warunki zostały spełnione. Bywa, że po tego typu "modlitwie", wstajemy z klęczek zadziwieni - dlaczego nie doświadczyłem/ nie doświadczyłam Boga? Z racji tego, iż człowiek woli siebie widzieć jako "tego dobrego", to natychmiast szukamy dla siebie usprawiedliwienia. Tłumaczymy opieszałość, brak wyciszenia, czy nawet potrafimy wypierać z głowy fakt, że w czasie modlitwy tak naprawdę zastanawialiśmy się nad grafikiem dnia jutrzejszego, nad bieżącymi sprawami, codziennymi troskami i nawet nie podjęliśmy trudu, by świadomie skierować myśli i serce ku Stwórcy.

Abyście lepiej zrozumieli dlaczego w ogóle o tym piszę, zaproszę Was do małej retrospekcji z mojego podwórka.

Kraków. Kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła. Wstępuję na moment, by pokłonić się Bogu, zebrać myśli, zatrzymać pęd życia.
Siadam w pustej ławce, aczkolwiek nie jestem w pustym kościele. Ludzie kłębią się jak mrówki. Wchodzą, wychodzą, robią zdjęcia, szepczą, pokazują sobie nawzajem jakieś elementy sztuki sakralnej, komentują, szurają, stukają, otwierają torby, suwają zamkami, zrywają rzepy i ogólnie rzecz ujmując, sprawiają, iż czuję się jakbym była w samym środku stacji autobusowej. Jestem w sercu dworca, nie w sercu Boga.
Czuję narastającą irytację.
W takich warunkach nie jestem w stanie się skupić.
Usilnie zbieram myśli i z żalem wypowiadam w duchu słowa "Boże, siedzę tutaj w tym chaosie i czekam na Ciebie. Przyszłam do Twojego domu, ale Ciebie...jakby nie było".
Nieoczekiwanie, przypominam sobie momenty, gdy niejednokrotnie w życiu udawało mi się pomodlić w bardzo dziwnych miejscach (również na dworcu), w ekstremalnych sytuacjach i generalnie warunkach, które w ogóle nie przypominają zacisza "małej izdebki", w której o wiele łatwiej jest zebrać myśli.
Jak to się wówczas działo? - analizuję.
Przypominam sobie również słowa, które mówią, że nim ja uczynię coś dobrego, wpierw to Bóg we mnie zapala pragnienie.
Tak więc, skoro siedzę w tej ławce - pomyślałam - to oznacza, że nie zrobiłam Bogu niespodziewanej wizyty. Raczej to On pierwszy zainicjował spotkanie. Idąc tym tropem myślenia, mogłam przyjąć, że Bóg - nim ja o Nim pomyślałam - to już na mnie czekał. On pierwszy "usiadł w ławce" mojej świątyni serca. Już tam był i - bardzo możliwe - (gdybym miała ująć to obrazowo) że w tym moim sercu "czuł" się tak jak ja, siedząc w zatłoczonym kościele, gdzie nikt nie zwracał na mnie uwagi i byłam niezauważona. A Bóg - czekając aż się łaskawie zorientuję, iż woła mnie na spotkanie, czekał w chaosie moich myśli, przeplatających się spraw życia, słowem - codzienności.

No właśnie. Bóg, który czeka w sercu człowieka.
Jak często pominięty, niezauważony...
A my z manią bycia dokładnymi - często nie w tym co konieczne - dzielimy włos na czworo co do pozycji w modlitwie - czy stać, czy klęczeć, czy leżeć, czy mieć spodnie w kant, czy spódnicę w groszki - skupiamy się tylko na tej zewnętrznej stronie spotkania z Nim. Nie ośmielę się powiedzieć, że ta zewnętrzna "oprawa" i oddane w niej szacunek nie jest ważny - absolutnie. Aczkolwiek zakończę ten wątek pytaniem. Czy znamy - w odniesieniu do tej zewnętrznej strony misy - granicę?
Bo wydaje się, iż niekiedy dajemy się zwieźć wrażeniu, że wystarczy sam fakt przybycia do Świątyni, że wystarczy wybrać należytą postawę, dostojnie złożyć ręce...

Po przeanalizowaniu tego wszystkiego, zamiast narzekać na ilość tłoczących się ludzi, spróbowałam skupić myśl na Jezusie. Oddychać Jego imieniem.
Udało się. I powiem to bardzo obrazowo - weszłam do wnętrza mojego serca, gdzie na ławce czekał Bóg. I gdy dosiadłam się do Niego, poczułam iż kościół, w którym jestem już nie jest przyczyną mojego roztargnienia. Serce będące w dobrej kondycji - nastawione na obecność i spotkanie Chrystusa - sprawiło, że nawet w "środku dworca" (w zatłoczonym kościele), umiałam Go odnaleźć tak, jakby w tej świątyni panowała cisza i spokój. Jakbyśmy byli tylko we dwoje.

Drodzy, czasami pomijamy to, co jest najważniejsze. Skupiamy się na zewnętrznej stronie życia, a nie wchodzimy do środka. Szukamy Boga na zewnątrz, zapominając iż On czeka na nas w środku.Kondycja naszego serca w czasie modlitwy jest więc priorytetowa. Oczywiście możemy odmówić modlitwę jedynie wargami, one wykonają swoją pracę, lecz nie będzie to pełne spotkanie z Bogiem. Nie będzie tej jedności i głębi, która dokonuje się na płaszczyźnie duchowej.

Pamiętam w modlitwie!
z Bogiem :))

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"