Witajcie moi mili! :-) Niech Pan Bóg Wam błogosławi!
Co dzisiaj mamy? Wracamy do rozważań na temat Jezusa, jako wędrownego kaznodziei-cudotwórcy. Do Jezusa, który zwykle nas sobą fascynuje - bo uznajemy, że jest Bogiem - aczkolwiek pomijamy niekiedy ten aspekt historyczny, w którym możemy doszukać się wyjątkowości osoby Jezusa poprzez pewne okoliczności jakie Mu towarzyszą. Mam na myśli chociażby zasady, życie ówczesnego świata, tendencje jakie się rozwijały w ramach oczekiwania na mesjasza, ale nie tylko. Wszystkie te zagadnienia dają nam wiele do myślenia i naprawdę warto je przeanalizować.
Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy dzielę artykuł na części, pragnę wspomnieć, że skoro pierwsza jego część już się pojawiła, to serdecznie zachęcam do nadrobienia (jeśli ktoś jej nie czytał). Tam mamy wprowadzenie i pewne rozważania, które torują nam drogę do poniższego wpisu.

Zapraszam!

Część II

Żeby myśleć o czymś/ o kimś jako „wyjątkowym”, pasowałoby również zapytać o jakąś normę, podstawę, o stan „nie-wyjątkowy”, od którego się wybijamy. Wiemy więc, że czas, w którym Chrystus zaczyna działać, to jest okres pewnych poglądów filozoficznych i norm myślenia – o Bogu, o człowieku w stosunku do absolutu, czy też o filozofii w ogóle jako umiłowaniu mądrości i szukaniu sposobu na piękne życie. Istotnym również tematem – mniej intelektualnym i rozumowym, ale również ważnym, będzie cały aspekt związany z oczekiwaniem mesjasza, który miał mieć siłę i możność ingerować w politykę, a co najważniejsze przywrócić Królestwo Izraela.
Czym wyróżnia się Chrystus w kontekście do nurtów filozoficznych? Jego nauka rzeczywiście ma znamiona filozofii – szybciej filozofii niż religii. W tamtym okresie religia charakteryzowała się obrzędowością, polityką i tradycją. To, co proponuje Jezus jest raczej drogą. Tą subtelną różnicę wyczuwają wyznawcy Chrystusa, którzy z jednej strony wiedzą, że Jezus jest kierunkiem ku mądrości i harmonijnemu życiu, niemniej On to dalece przekracza. Jezus nie jest tylko organizatorem życia czy sposobu myślenia. Wiele porządkuje, ale też wypycha w nieznane. Odpowiada, ale pozostawia też mnóstwo znaków zapytania, które wręcz domagają się relacji z Nim, aby uzyskać wyjaśnienie. W Jego nauce jest coś głębszego, co przemawia do wnętrza człowieka – do jego tęsknoty i pragnienia obcowania z absolutem. Być może ten rodzaj prawdy jaką dysponował Chrystus – a w istocie był i jest tą Prawdą – przemówił i przemawia jako zasadniczy argument, który zawstydza racjonalne argumenty płynące z nauki na temat człowieka czy jego życia. Idąc nieco za argumentem antropologicznym, moglibyśmy się doszukiwać, że człowiek mając poczucie sensu w sobie, reaguje na Jezusa jako odpowiedź pragnień serca. W końcu jak wytłumaczyć fakt, że Jezus na słowo „pójdź za Mną” gromadzi Apostołów? Co trzeba w sobie mieć, aby ot tak wyciągnąć kogoś z jego schematu życia i poruszyć serce? Być może apostołowie byli aż tak zdesperowani i spragnieni rewolucji, której upatrywali się w relacji z "Jezusem-wyczekiwanym-odnowicielem Królestwa Izraela". Niemniej ich późniejsze wypowiedzi np. słowa Piotra „Ty jesteś Syn Boga żywego” (Mt 16,16) wydają się być czymś więcej niż tylko oczekiwaniem politycznej wojny. Nie możemy zaprzeczyć, że Apostołowie pragnęli zmian politycznych, mieli „ziemskie oczekiwania” i w większości przypadków – nim przybył Duch Święty – nie mieli pojęcia o czym mówi Jezus (Jakie powstanie z martwych? Jakie zjadanie ciała i picie krwi? „Trudna ta mowa”5, komentowali uczniowie.) ale trudno w tym wszystkim odrzucić myśl, że Jezus nie pociągał ich również swoją Osobą – duchem, mową, która w przedziwny sposób ukazywała Boga jako Ojca, Boga z którym człowiek może mieć relację. Ojca, który nie oczekuje ofiar, kajania i który nie jest surowy oraz spragniony kar. Jezus ukazuje, że mimo spójności Jego nauki, te pouczenia odbiegają od „typowej” filozofii. Po pierwsze wielu filozofów łączyło zagadnienia życia, etykę, politykę i próbowali tworzyć sensowne postulaty, kształt państwa – na czym powinno się opierać. Tymczasem Jezus mówił prosto, Cezarowi to co Cezara, a Bogu to co Boga. Jezus nie czyni politycznych postulatów, nie próbuje wprowadzić nowej etyki, która miałaby polegać na ograniczaniu czy eliminowaniu zła na zasadzie „ucieczki od materii” i nienawiści do ciała, czy doczesności (jak co-niektórzy sugerowali). On chciał w tą rzeczywistość wejść i to bardzo głęboko – tak by ona cała stała się przestrzenią życia z Bogiem i zaczynem Życia Wiecznego. Jezus proponował przebaczanie wrogom, tak więc zakładał ich obecność, proponując wybaczanie zakładał krzywdy. On nie próbował wymyślać idealistycznych rozwiązań, które mogłyby mydlić oczy ludziom spragnionym sprawiedliwości, spokoju i wolności w państwie. Chrystus przenikał pod powierzchnię tego, co dla innych stanowiło podstawę i sedno rozważań.

W książce Maxa Schelera „Resentyment i moralność” czytamy o zasadniczej różnicy jaką Jezus wniósł w kontekście do postrzegania ówczesnego pojęcia miłości. Miłość w świecie greckim była metodą wzbijania się do tego, co wyższe. Od niewiedzy do wiedzy, od tego co słabe do tego co silne – miłość jako jakaś wewnętrzna zasada świata, która wpędza go w ruch i motywuje byty, by sięgały aż do bóstwa. Co robi Jezus? To On jest Miłością z wysoka, która schodzi na sam dół i to On staje się siłą napędową, doświadczalną Miłością pochylającą się nad tym co najmniejsze. Jezus „inwestuje” w to co małe i niepozorne, nie brzydząc się niedostatkiem i ubóstwem. To szukanie „malutkich” sprzeciwia się ówczesnej myśli o miłości jako drodze ucieczki od tego co słabe, marne, gorzkie i bolesne. Chrystus przygarnia gorycz miłości, która wynika z relacji do współbrata, wyciąga ręce na krzyżu za bliźnich – pokazując nowy wymiar cierpienia, które nie musi być bezsensowne. Pokazuje Miłość, która nie ucieka od bólu, ale wchodzi w głąb i absolutnie przemienia od wewnątrz. W greckim ujęciu miłości – być najbliżej Boga, to być najwyżej w ziemskich „doskonałościach”, tymczasem obcowanie z Bogiem o jakim mówi Jezus, to upodobnienie się do Jego postawy jako Ojca kochającego, co jest jedną z najbliższych form obcowania ze Stwórcą – na Jego wzór i podobieństwo. Nie trzeba się do Niego „wspinać”, przebłagiwać, zasługiwać. Jezus w zupełnie inny sposób ukazuje Boga – Ojca. Chrystus chce wprowadzić człowieka do stanu bycia z Bogiem, a nie „odklepanych” rytuałów, formułek i spalanych ofiar. Jezus nie skupia się na argumentacjach filozoficznych czy Bóg jest czy Go nie ma, ale On zaprasza do relacji z Bogiem, w której Bóg szuka partnerów do wspólnego życia. Nie marionetek do przestawiania, ale wolnych i świadomych obywateli Nieba, którzy swą tożsamość odnajdą już tu na Ziemi. Nauka Jezusa, choć dotyczyła również życia w codzienności, to od samego początku przenikała dwa światy. Przebijała ziemski i prowadziła do Niebiańskiego. Zatrzymanie się wyłącznie na dobrach światowych stanowiło szkodę dla człowieka – o czym mówił Jezus, wywracając niejako świat ówczesnych wartości do góry nogami.
Kiedy dochodzimy do śmierci Jezusa, wówczas pojawiają się zasadnicze pytania. Nie tego oczekiwali po Chrystusie Apostołowie, nie tak miał wyglądać koniec ich króla. Są rozczarowani, wystraszeni, zrezygnowani i pierwsze co przychodzi im do głowy, to ucieczka. Schowanie się przed niebezpiecznymi Rzymianami i nie wystawianie nosa zza wieczernika . Możemy więc zadać pytania:
Czy wystraszeni i rozgoryczeni Apostołowie brnęliby w ciąg dalszy historii Jezusa o własnych siłach?
Czy Apostołowie, którzy większości mów Jezusa nie rozumieli, potrafiliby głosić Jego naukę słowo-w słowo, tłumacząc sens?
Czy Apostołowie, którzy uciekają przed niebezpieczeństwem, zostawiają Jezusa gdy Ten idzie na krzyż, potrafiliby wyjść naprzeciw niebezpieczeństwu i oddawać życie za zabitego, wyśmianego i wyszydzonego Jezusa?
Kiedy myślimy o Apostołach, często wydaje się nam, że ich rola była prosta. Byli częścią czegoś niesamowitego, więc mieli siłę, by to kontynuować. Doprawdy?
Sądzę, że na wszystkie powyższe pytania, należałoby odpowiedzieć "nie". Nie mówimy bowiem o herosach, bogaczach, wojownikach...a o zwykłych rybakach, niewykształconych, którzy mając u boku Boga, co rusz pytali o to czy mają kawałek chleba, by nie chodzić głodnym. Przepychali się tym, kto jest lepszy - bo podobnie jak my, szukali ziemskiego uznania i chcieli być "tymi pierwszymi" - o ile mogli skrywać się za plecami Jezusa. Nie mówimy więc o osobach, które - ujmując ich od strony portretu psychologicznego - mają przywództwo we krwi i pragną rewolucjonizować świat.
Co się więc stało, że te osoby zmieniają się nie do poznania?
Co się więc wydarzyło, że niespodziewanie ich postawa - z zalęknionych i rozczarowanych - przemienia się i ukazuje ludzi odważnych i pełnych nadziei?
Odpowiedź jest prosta. Zmartwychwstanie i Duch Święty inicjują nowy etap. Rzeczywistość, która zrozumiana jest tylko z perspektywy świadków, prowadzonych przez Ducha Bożego. Zaczyna się proces powstawania Kościoła, a to co stanowiło jego fundamenty i filary to: moment Krzyża – gdy Chrystus jednoczy ludzi i świat z Bogiem, oraz Duch Święty – który staje się żywiołem i źródłem życia chrześcijan. Duch Święty, który jest jak przekazany przez Boga oddech, tchnienie które Bóg daje, gdy stwarza życie. Przed Pięćdziesiątnicą Apostołowie przerażeni i skryci w Wieczerniku to zaledwie „Kościół w możliwości” – jeszcze bez Pocieszyciela, dynamizmu wspólnoty. Apostołowie po Zesłaniu Ducha Bożego, to Kościół w prawdziwej aktywacji i rozwoju.
Co więcej możemy powiedzieć o wyjątkowości Jezusa?
Gdy przyglądniemy się Jego trzyletniej misji, zobaczymy że owszem - ona była piękna, niesamowita i pełna duchowych treści. Lecz jeśli Jezus nie wniósłby Sobą czegoś - no właśnie, wyjątkowego - być może dziś, nie mielibyśmy pojęcia, iż był ktoś taki jak cieśla o mocy uzdrawiania.
Możemy więc powiedzieć, że działalność Chrystusa w czasie trzech lat ziemskiego głoszenia Dobrej Nowiny, to był dopiero początek. Dlaczego? Ponieważ to, co najważniejsze, zadziało się dopiero na samym końcu Jego ziemskiego życia. Żeby dobrze pochwycić tą myśl, nie ujmując wielkości i działalności Jezusa, spróbujmy rozważyć tę kwestię w takim kierunku. Gdybyśmy oddzielili trzyletnią misję Jezusa od Krzyża i Zmartwychwstania, co by nam wówczas zostało? Z jednej strony moglibyśmy powiedzieć „niewiele” – bowiem akurat ten etap działalności Chrystusa – samej nauki, nie był wystarczającym, by powstał Kościół. Sama nauka, nie uzupełniona o Ducha Świętego, mogłaby się ewentualnie skończyć pięknym wspomnieniem i przygodą dla Dwunastu. Bez Parakleta, Apostołowie prawdopodobnie myśleliby o Chrystusie jak o Proroku (czego dowód mamy w Biblii) i raczej wątpliwe, iż umieliby pojąć po czasie (swoim umysłem) Jego naukę. Niemniej Chrystus jako kaznodzieja-Bóg, ukazuje swoją wyjątkowość właśnie w tym, że w przeciwieństwie do wcześniejszych mędrców czy pseudo-mesjaszy, On posyła po Zmartwychwstaniu Ducha Świętego i stwarza nową rzeczywistość, w której zaprasza do Życia Wiecznego i absolutnie przemienia Apostołów. Co więcej, daje początek młodego Kościoła.
Młody Kościół wkracza w rzeczywistość, która dla mądrych tego świata jest czystą irracjonalnością. Zachowanie wiernych sugeruje, że śmierć Jezusa to nie był punkt szczytowy. Śmierć była pomostem do nowego wymiaru życia z innymi bohaterami w roli głównej. Zmartwychwstanie określiło obecność Boga na Ziemi jako obecność trwałą. Bycie Boga z ludźmi to nie był epizod. Tworzy się nowe Ciało Chrystusa poprzez więź, relację, wspólnotę – sposób bycia młodego Kościoła. Apostołowie nie tyle stają się nauczycielami, którzy papugują i powtarzają po Chrystusie, ale są świadkami, którzy życiem i przykładem wskazują prawdę o pustym grobie. Rodzaj Zmartwychwstania, o którym mówią Apostołowie jest zupełnie inny niż chociażby wyjście z grobu Łazarza, który wrócił do doczesnego świata, a później znów umiera. Zmartwychwstanie Chrystusa to „dwa w jednym”. To stan i rodzaj bycia w dwóch wymiarach. Stan, którego żaden z rybaków nie umiałby samoistnie wymyślić.
(W tradycji syryjskiej kwestia powstania z grobu Łazarza jest nieco inaczej komentowana, ale to temat na inny artykuł :) )
Apostołowie czynią z siebie dar, tak jak i Oni otrzymali dar Ducha. Rozszerzają więź człowieka z człowiekiem i mówią o więzi człowieka z Bogiem – przesycają świat obecnością Boga. Nie tylko narażają życie, ale pokazują, że „tracąc” (prześladowania, tortury) – w logice Boga zyskują życie w Królestwie Niebieskim. Ich Kościół to nie są paragrafy, normy, struktury i zachowawcze postawy. Kościół to tętniący miłością owoc Ducha Świętego. Młody Kościół pokazuje, że tak jak Chrystus – Emmanuel, stanął pośród nas, aby być blisko, tak Kościół jest odpowiedzią wiernych względem Boga i decyzją bycia z Bogiem na Życie Wieczne.

5 Biblia Tysiąclecia, J 6,60

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9)"